Dla Rodziców

Absolwenci

Bezpieczeństwo

Innowacje pedagogiczne

Licznik odwiedzin

Gawęda znad Czchowskiej Baszty -I miejsce w hufcowym konkursie na gawędę bożonarodzeniową PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   

     Kiedy nadchodzą długie zimowe wieczory, chętniej niż kiedykolwiek wspominam dawne czasy. A jak wiecie, stary już jestem i niejedno w życiu widziałem i słyszałem…

     W czasach mojego dzieciństwa nie było telewizji, Internetu czy komórek, jak to Wy dzisiaj te sprytne telefony nazywacie. Dla mnie komórka pozostanie już chyba na zawsze szopą, do której chodziłem z bratem po drewno na opał. A więc, jak rzekłem, tych wszystkich dzisiejszych cacek nie było, toteż chętnie siadywaliśmy przy ciepłym kuchennym piecu i słuchaliśmy bajania naszych rodziców czy dziadków.

     Dzisiaj, zwłaszcza jedno przychodzi mi na myśl, które nie wiedzieć czemu, wycisnęło szczególną pieczęć w mej pamięci. Wykażcie, proszę, trochę cierpliwości i posłuchajcie starego gawędziarza, a może i Was współczesnych ta historia za serce pochwyci…

     Trwała I wojna światowa. Był rok 1916 albo 17 może, a mroźny grudzień rychłe Boże Narodzenie zwiastował. Matka mojej babki, prababka Albina- dziwne imię mówicie, no cóż takie wówczas dawano- taż prababka Albina każdego dnia po chrust do lasu na Grodzisko chodziła, by w domu z liczną gromadką dzieci nie zamarzła w oczekiwaniu na powrót pradziadka z wojny. Lichą strawę, bo tylko na taką stać ją było, na kuchni zawsze sporządzała, żeby dzieciska coś ciepłego zjeść mogły…

     Owego, pamiętnego popołudnia jak co dzień po drewno do lasu poszła, ale jakże inaczej niż dotąd zakończyła się jej wędrówka…Kiedy powoli, z mozołem dźwigając na zmęczonych plecach drwa, pięła się ku górze, nad Basztą przedziwna łuna rozbłysła, po czym zapadła nadzwyczajna, nawet jak na ową porę roku i dnia, ciemność. W zaroślach zaś otaczających mury prastarej budowli dało się słyszeć jakieś niepokojące kwilenie. Babkę, choć odważna podobno była, strach przeleciał i serce weń poczęło bić jak młotem. Kwilenie to przypominało jej niezawodnie płacz dziecka. Mówiłem Wam Mili przecież, że sporą gromadkę wychowała. Zebrała się więc na odwagę i do ruin starego czchowskiego zamczyska podeszła. Ostrożnie posuwała się za dźwiękiem, który doprowadził ją pod mury Baszty, gdzie wysoko, mocno teraz śniegiem przyprószone, zielsko wyrastało. Niczego jednak nie znalazłszy, choć przysiąc by mogła, iż słyszała wyraźnie kwilenie dziecka, pospiesznie do domu wróciła. Pomyślała wtedy, że pewnie wiatr spłatał jej figla i zabrzmiał na wzgórzu jak ludzki płacz.

     O owym zajściu nikomu nic nie rzekła, ale jakaś niepokojąca myśl wciąż nie dawała jej spokoju. W nocy dręczyły ją koszmary, przewracała się z boku na bok i do rana zasnąć nie mogła. Wiedziała, że tej sprawy pozostawić tak nie może, toteż, postanowiła z samego rana ponownie odwiedzić wzgórze zamkowe. Tym razem miała więcej szczęścia. Okazało się bowiem, że w murach czchowskiej Baszty schronili się ojciec i matka z nowonarodzonym dzieckiem. Od razu, jak się możecie domyślić, prababce na myśl przyszła święta rodzina z Nazaretu. Niewiele zastanawiając się, zabrała tych dobrze już wymarzniętych nieszczęśników, których ogrzewały tylko kożuchy i niewielkie, sporządzone naprędce palenisko, do swego domostwa i przygarnęła jak najbliższych swemu sercu, bo przecież, jak mówi staropolskie przysłowie: „ Gość w dom, Bóg w dom ‘’.

     Jak się okazało Piotr i Zofia Kądzielowie od Nowego Sącza przed zawieruchą wojenną na północ uciekali, ale że Kądzielowa dziecka się spodziewała, nie mogli już iść dalej. W Czchowie po nocy i w czas niespokojny , niepewny, nie znaleźli schronienia, a ujrzawszy starą Basztę, w jej stronę się udali. Tam też pani Zofia szczęśliwie powiła syna Macieja i tam też dziwnym trafem, a może, któż to raczy wiedzieć, za zrządzeniem boskim, znalazła ich moja prababka Albina. Tym samym, przyznacie chyba, uratowała małżeństwo Kądzielów i ich nowonarodzone dziecię od niechybnej śmierci.

     Ciekawi zapewne jesteście, co działo się dalej. Otóż Kądzielowie do końca wojny w domu prababki pozostali. Piotr, dzielnie, jako jedyny mężczyzna, w gospodarstwie pomagał,
a Kądzielowa, która przed wojną nauczycielką była, wychowaniem syna i dziewięciorga dziatwy mojej krewnej się zajęła, ucząc ich liczenia, pisania i ogłady wszelakiej.

     Gdy wojna dobiegła końca, w 18 roku polską państwowość przywrócono, a mój pradziad szczęśliwie do domu powrócił, Kądzielowie na Sądecczyznę z powrotem się udali. Jak mi wiadomo, żywy kontakt aż do wybuchu II wojny wciąż z prababką mieli, gdyż za swoją wybawicielkę i opiekunkę niezmiennie ją uważali. Później wieść o nich przepadła i chyba nigdy już nikomu z mojej rodziny, nawet za pośrednictwem Czerwonego Krzyża, nie udało się dowiedzieć niczego o ich losie…

     Dzisiaj , Moi Drodzy, za każdym razem jak spoglądam na wzgórze zamkowe a na nim okazałą Basztę z łopoczącą na szczycie biało - czerwoną flagą, przypominam sobie zasłyszaną niegdyś opowieść i zastanawiam się wciąż, ile jeszcze podobnych lub zgoła innych, równie niesamowitych historii skrywa to miejsce. Miejsce dla nas czchowian, chyba wszyscy przyznają mi rację, niezwykłe, niepowtarzalne, pełne magii, a jednocześnie tak bardzo realne, na stałe wpisane od stuleci w czchowski krajobraz.

     Kto wie, może i Wy, Mili Słuchacze, coście cierpliwość dla mojego bajania wykazali lub Wasi bliscy, znacie historie równie emocjonujące, warte opowiedzenia i gdy spotkamy się znów za rok, posłuchamy kolejnej gawędy z Basztą w tle, a na okarynie usłyszymy melodię najpiękniejszej z kolęd zwiastujących boże Narodzenie: ,, Cicha noc ‘’…

Autor: Kornelia Śliz DH „Czchowskie Orły” PSP Czchów

Boże Narodzenie 2015r.


Poprawiony: sobota, 19 grudnia 2015 09:07
 

indeks

men

oke

wfzklasa

pajack

cyfrowa szkoła

librus

moksir logo

czchow

czas czchowa

BIP11




Stworzone dzięki Joomla!. Valid XHTML and CSS.